Chleb obtaczany w jajku

Co to się dzieje! Co się dzieje!

Cała Polska z marszałka dziś się śmieje.

W końcu skręci ze śmiechu biednych ludzi

Jeśli ktoś tam na górze

Się nie obudzi.

A tymczasem nowy pomysł się wykluwa: 

W Polsce się nie jeździ. 

W Polsce się fruwa!

Samolot od zarania naszego kraju (nie mylić z zaoraniem; choć można), czyli od czasu nastania panującej partii, wpisuje się w historię jak godło. Od dawna zresztą pojawiają się sugestie, aby wymienić orła z herbu na samolot właśnie. Pomniki już są. Odpadłby dylemat korony, co raz na zawsze położyłoby kres jakimkolwiek pogłoskom na rzekome istnienie Polski przed erą obecnego rządu. Podobno była. Pogańska. Starożytna. Co ciekawe, z tamtego okresu również pojawiają się mgliste dane świadczące o związku spraw narodowych z samolotem. A więc też. 

Co mamy robić? 

Dobrze by było, gdybyśmy jako Naród pogodzili się wreszcie z przeznaczeniem i przyjęli do wiadomości fakt, że tak. Jest Samolot. A ten spektakularny emblemat nie jest tani. Raczej odwrotnie. Jest kosztowny w cholerę. Nie dość że dużo kosztuje sam w sobie, to jeszcze paliwo. PR. Hangarowanie. Pomniki z brązu. Gadżety. Apanaże komisji. Różne koszty. Duże koszty. 

Lekko nie będzie, choć wesoło. Coś za coś. Dlatego dziś w Psychoplackach proponujemy prosty przepis na kryzysowe sytuacje kulinarne. A takie będą na pewno, bo na samolot kasa potrzebna. Co dziś mamy? 

Chleb obtaczany w jajku. 

Rzecz niezbyt zawiła. Wystarczy chleb i jajko. I patelnia. I trochę oleju. Tak, tak, zawsze tak jest. Najpierw ci mówią, że łatwo, że tylko chleb i jajko, a potem zaczyna się wymienianie. I jeszcze to i tamto. W tym przypadku nie. Chleb i jajko. I patelnia. I trochę oleju. 

He, he, he. 

Chleb pokroić w kromki. Kromki zanurzyć w posolonym (i jeszcze sól!) jajku i bach na patelnię, moment z jednej, moment z drugiej i heja na talerz. I teraz, uwaga, potrzebne są:

  1. Ser żółty
  2. Keczup
  3. Powidła
  4. Może kawałek szynki?
  5. Albo łososia…
  6. I jeszcze młody imbir marynowany. 

Nie wiem, co to będzie.

PS. nemezis.me

Z.K.
Reklamy

Co na obiad?

Z.K.

Zacznę od czapy. A raczej: od koszuli. Historia jest taka. Na początku małżeństwa Ewka usłyszała, że to podobno tak działa, że żona prasuje mężowi koszulę. I że ona ma wyprasować koszulę facetowi, który jak się domyślacie, posiadał dwie ręce. 

No to wyprasowała. Zostawiając na plecach pokaźny rdzawy kształt podstawy żelazka. Nigdy więcej nie została poproszona o prasowanie koszul. Podwaliny tradycyjnego małżeństwa runęły. 

Ta historia przyda się nam do rozwikłania problemu pod tytułem „co na obiad”. 

No więc: co na obiad? Pytanie może również brzmieć: gdzie moje skarpetki? Albo: jak by tu się herbaty napić? Rzecz w tym, że osoba pytająca kieruje pytanie właśnie do ciebie, jakbyś był kierownikiem restauracji zwanej dom. 

Kiedy byłam dzieckiem, kierowałam to pytanie do pani intendentki w szkole, bo tam właśnie podawano obiady. W domu bywa różnie. Czasem podają ten obiad osoby mieszkające w tym domu, a czasem faktycznie pani intendentka i kucharka w jednym zwana żoną. 

Lub odwrotnie. 

Prawda jest taka, że kiedy ktoś zadaje pytanie: co na obiad? – zwykle oczekuje odpowiedzi w postaci gotowego obiadu. I to szybko. Bo skoro już pyta, znaczy że doskwiera mu głód. Inaczej by nie pytał. 

A gdy już dostanie „odpowiedź”, wtedy ewentualnie może się do niej ustosunkować, bo jeśli powiesz (podasz) przykładowo: placki – odpowiedź może się nie spodobać. 

No, ale skupmy się na problemie. A raczej, bo o to tu chodzi, na rozwiązaniu problemu. 

Pierwsze, co możesz zrobić, to również zadać pytanie. Pytanie jest proste, choć z odpowiedzią bywa różnie. Dlatego trzeba na to pytanie uważać, trzeba wiedzieć, kiedy je zadać i, przede wszystkim, komu: 

– A co proponujesz?

Scenariusze są dwa. 

Pierwszy – optymistyczny – zakłada, że delikwent podaje propozycję, którą sam zrealizuje. Wtedy masz z głowy. Idziesz do pokoju i nastawiasz płytę Melody Gardot. 

No, ale nie każdy jest zaraz taki wyrywny jak przytoczony bohater analizowanego wariantu. Dlatego właśnie należy uważać. Istnieje bowiem wysokie prawdopodobień-stwo, że gościu odpowie, załóżmy „bitki wołowe”. I rozpocznie czekanie na bitki. Niecierpliwe czekanie.

Sytuacja słaba. Chyba, że jesteś rasowym psychopatą. Jeśli bowiem jesteś rasowym psychopatą, dołączysz do czekania na bitki, a każdą chwilę wypełnisz przewalaniem się w duchu ze śmiechu. 

Niestety. Życie to nie bajka. Nie każdy jest psychopatą. 

Nie każdy ma jaja jak byk. Z tobą też bywa różnie. Tym bardziej, że temperamenty potrafią zaskakiwać. Każda strona ma swoje granice wytrzymałości, każda strona potrafi je też przekroczyć. I to bardzo malowniczo. Druga rzecz, głód nie pomaga. Polak głodny to zły, mawiają. A gniew tu może okazać się iskrą zapalną. Aby więc uniknąć rzucania się (pustymi) talerzami, należy przyjąć scenariusz numer dwa. 

Scenariusz numer dwa ma same zalety. Po pierwsze: unikasz awantur. 

Po drugie: unikasz głodu.

Po trzecie: masz gwarancję, że analizowane w tytule pytanie nie padnie w twoim życiu najprawdopodobniej nigdy więcej. 

I tak na pytanie „co na obiad”, odpowiadasz śpiewnie:

– Niespodzianka!

I przygotowujesz danie. 

Danie jest pyszne, zdrowe, dietetyczne. Nie ma żadnych konserwantów ani barwników. Nie wymaga trudu, ani nakładu kosztów. Nazywa się „bułka podgrzana w mikro” i robi się tak:

1. bierzesz z chlebaka bułkę

2. wsadzasz do mikro

3. wyjmujesz

4. podajesz. 

PS. Żądasz pochwał! 

PS2. nemezis.me

Co kot robi w kuchni?

Kot, wbrew panującym przekonaniom, jest podstawą dobrej kuchni. Jeśli kota w kuchni brakuje – znaczy żarcie nieświeże. 

A co konkretnie robi kot w kuchni?

Grymasi.

Ma grymasić. Od tego jest kotem. 

Co dalej?

Kot zainteresowany jest, owszem, czymś w kuchni i to bardzo, ale nie własną miską. To znaczy, żeby nie było zbyt prosto. Miską niby jest zainteresowany, bo jak idziesz w jej kierunku, to się ożywia. Ale jak tylko wrzucisz coś do miski, zaczyna się pat.

A potem wędrówki po stołach i wyszukiwanie TEGO KAWAŁKA wędzonej makreli na twojej kanapce. A im bardziej gorączkowo będziesz ją chował, tym zainteresowanie większe. Ale weź wrzuć makrelę do miski. Koniec tematu.

Kiedyś rozkodowałam, w czym rzecz. Siedząc na tarasie i obserwując uganianie się kota za konikiem polnym, wpadłam na pewien pomysł. Poszłam do lodówki, wyjęłam z niej kawałek piersi z kurczaka, wróciłam na taras i rzuciłam kotu. Pierś, dopóki leciała, była atrakcyjna. Ale gdy już padła na terakotę i znieruchomiała – atrakcyjność utraciła, a kot wrócił do pasikonika. 

Poczekałam moment, podniosłam podgrzaną już od wiosennych promieni słonecznych pierś, rzuciłam ponownie. Tym razem kot wykonał salto, trzasnął łapą w owada ogłuszając go na moment, w którym to zdążył połknąć kawałek kurczaka, po czym dopadł cucącego się z ogłuszenia konika polnego i schrupał go koncertowo patrząc mi prosto w oczy z wyrazem: brawa poproszę.

Dostał.

A ja w zamian dostałam lekcję. Kot w kuchni grymasi, owszem. Ma swoje powody. ON SIĘ NUDZI. Wszak w naturze nie jada niczego, co się nie rusza. Gorzej. Nie jada rzeczy nieruszających się OD DAWNA. A pierś z kurczaka, w dodatku pierś z kurczaka z lodówki jest rzeczą absolutnie nieruchomą, w nieruchomości swej oddaloną od kocich zainteresowań niczym biegun północny od miejsca pochodzenia kota, mianowicie od Afryki.

Pierś z kurczaka z lodówki ma to do siebie, że jest piersią zabitego cholera wie, kiedy ptaka. Mało tego. Pierś z kurczaka z lodówki jest pożywieniem zdobytym cholera wie skąd. Jest możliwość, że z jakiejś obskurnej farmy. Jest możliwość, że z przyczepy tira. Ze skrzynek podgniłych. Z piwnicznych zamrażarek. Z magazynu biedry.

Czy ktoś z was podejrzewa to szlachetnie inteligentne zwierzę o cień zainteresowaniem czymś takim? Trochę zrozumienia. Trochę szacunku. Wreszcie: trochę empatii. Nie każdy zaraz musi być psychopatą.

Karma? Nie rozśmieszajcie mnie. Karma moi drodzy, nawet ta STARANNIE ZBILANSOWANA, to mielonka psa z budą. Widzieliście kiedyś kota zajadającego się psem z budą? Toteż zważcie. Kot w kuchni grymasi, bo nie ma tam co jeść. Musi uciekać się do polowań na świerszcze, żeby przeżyć. Niestety, potężna większość wielbicieli kotów zmusza je do upokarzających polowań na muchy!

Bywa jeszcze gorzej. Wielbiciele kotów często żyją w przekonaniu, że świat winien wyglądać jak okładka pisma „Przebudźcie się!”. Albo „Strażnica”, to też ma ten klimat. No więc w świecie Strażnicy i Przebudźcie się zwierzęta nie zjadają siebie nawzajem, tylko odżywiają się słońcem. Albo – to chyba najbliższe wyobrażeniom – karmą wegańską.

Owszem, są wielbiciele kotów, którzy łaskawie wypuszczają swych pupili na zewnątrz, ale – by zapobiec sukcesom w polowaniu (czyli „biedne myszki”), zakładają im… dzwoneczki! Dzwoneczek dla kota. Wiecie, co to zwierzę musi przechodzić, gdy mu non stop nad uchem napier….la dzwon kościelny?! Tak, dzwon kościelny, bo kot ma jakieś sto tysięcy razy czujniejszy słuch niż człowiek, a ja, sorry, z najmniejszym pieprzonym dzwoneczkiem nad uchem dzwoniącym NON STOP dostałabym szału. I prawdopodobnie bym kogoś zamordowała. Dlatego na miejscu kota, przysięgam, poczekałabym aż mój wielbiciel zaśnie, po czym zapolowałabym na ruszającą się podczas snu jego grdykę. Podobno jak się sprawnie wyrwie, szans na przeżycie brak.

Dobra, muszę przerwać, bo będę miała kłopoty. Zaczną się protesty, wyrazy oburzenia, zarzuty, że w swojej książce namawiam koty do zabijania właścicieli. Kot jest fajny, ale ma swoje wady. Daleka jestem od sformułowania: kochany koteczek. Bo – wracając do tematu – koteczek w kuchni ŁAZI PO STOLE.

Łapami.

A należy pamiętać, że te same łapy grzebią w żwirku uwalonym czymś zupełnie do stołu kuchennego się nie nadającym. Jezu. Jak to piszę, to właśnie zdaję sobie z tego sprawę. I mam ochotę pójść po dzwoneczek. Wiele dzwoneczków. Ale co to da?. Nic. 

Znam przypadki beznadziejne. Znam wiele takich przypadków. I wiem jedno. Z kotem nie wygrasz. Z kotem gra jest zerojedynkowa. Przeżywa tylko jeden. On albo ty. I powiem od razu jak wygląda statystyka. Albo i nie. Zbyt oczywiste.

Owszem, ludzie w swej naiwnej zapalczywości czynią rozmaite próby, aby oduczyć kota łazić po stole. Kot nie posiada zapalczywości, kot jest wytrawnym graczem. Patrzy na twoje z nim zmagania, zimnym wzrokiem to obserwuje i gdyby umiał po ludzku mówić, powiedziałby: ciesz się, że  na tym stole TYLKO chodzę.

Ty się dalej zmagasz, drzesz japę, ścierką machasz, rozsypujesz trujące środki, tupiesz.

On patrzy. Wyżera ci mleko z płatków. Patrzy. I gdyby umiał po ludzku mówić, powiedziałby: ciesz się, że na tym stole TYLKO wyżeram ci mleko z płatków.

Nie idź tą drogą. Nie polecam. Zaniechaj darcia japy, nie machaj ścierką, uspokój się. On nie żartuje. Zostawia ci ostatnią szansę. On naprawdę jest w stanie na tym stole posunąć się do takich szczytów, których tu nie opiszę, bo to się zdecydowanie do druku nie nadaje. Literatura ma swoje prawa. Gdzie jest salon, tam nie ma kuwety.

Co zatem zrobić z kotem w kuchni? Nie wiem. Nikt tego nie wie. Nikt nie wie, co temu kotu dać do żarcia, nikt nie wie, jak reagować na jego wybryki, nikt nie wie i nigdy się nie dowie. Kot w kuchni jest całkowicie nieprzewidywalny i nie ma na niego przepisu. Najlepiej schodzić z drogi i każdego dnia finezyjnie zachodzić w głowę, jak mu dogodzić. 

Może się uda. 

PS. nemezis.me