Schizofrenia paranormalna dwubiegunowa zorza polarna

Cierpliwość Nemezis

Nie wiem, czy MM to czyta, według mojej dedukcji: tak. Ale mogę się mylić. Niemniej Los znalazł mi tu doskonałą kryjówkę i tym samym sposób na ogarnięcie buzującej głowy.

Otóż maluję obraz. Ale po kolei.

Jak niektórzy wiedzą z innych źródeł – mam swoją galerię u MM. Dziś pierwsza odsłona. Cierpliwość Nemezis. Tak się nazywa. Moja galeria. I dzieło, które poszło na „pierwszy ogień”.

Tymczasem wyrwał się ku światu kolejny obraz i jest to rzecz niesłychanie działająca na emocje. Moje emocje przy malowaniu tego obrazu sięgają zenitu. Wszystkie. Naraz. Jak po ostrym zaaplikowaniu gigawszystkiego.

Adrenalina – maks.

Dopamina – maks.

Serotonina – mogłoby być więcej.

I właśnie dlatego, że serotoniny mogłoby być więcej, nie mogę skończyć. Do szału mnie doprowadza. Ten obraz doprowadza mnie do szału.

Zaczynam podejrzewać, że puenta polega na przebiciu płótna nożem.

Ale to by było za proste.

Ani w moim życiu, ani w twórczości nic nie jest proste i nigdy nie było. Nie ze mną takie numery, Brunner. No więc, co? Co blokuje mnie przed skończeniem dzieła? Spokój, na który się nie zgadzam? A może chaos, który spokój zabiera? Uporządkować zatem chaos, czy wprowadzić spokój? A jeśli spokój trąci nudą? A jeśli chaos zabierze czytelność? Obrazu nie wygumkujesz. Farba dotyka płótna tylko raz. Na zawsze.

Już nie mówiąc o tytule, który wywołuje w mojej głowie apokalipsę! Bo, kuźwa, jaki tytuł? Jaki tytuł!?!

Cała jestem w farbie. Wychodzę tylko po browar. Nawet nie wiem, który jest dzisiaj.

Nigdy nie wiem, który jest dzisiaj!

Wiem tylko, że za tydzień świat zobaczy to, co dziś mnie odwodzi od zmysłów.

Mam ochotę zanurzyć to w czerni.

Ale to by było za proste…

Tłuk. Czyli Statystyczne Morderstwo

mała śmierć

Co można napisać o tłuku kuchennym? Przede wszystkim: żaden kuchenny. Owszem, może rezydować w kuchni, może nawet sobie przysposobić jakiś aneks DZIENNY, jednak jego miejsce jest zdecydowanie gdzie indziej. Niezbyt atrakcyjna to rola instruktora, który wszystko pokazuje palcem, tłumaczy żmudnie, mozoli się z wyjaśnianiem. Ale czasem trzeba. Zacznijmy więc od początku. Może miejsce tłuka bywa w kuchni, może i tam się czasem przydaje, zwłaszcza w takich sytuacjach, gdy obecny tu narrator pakuje się w rolę dużo gorszą od roli instruktora, mianowicie w najgorszą na świecie rolę ŻONY.

Rola żony to rola pod psem. Czego wówczas wymagać od roli tłuka? To jest również rola pod psem, rola, w której szanujący się tłuk zostaje tłukiem kuchennym uwięzionym w dłoniach spracowanej, kiedyś szanującej się kobiety, a teraz żony tłukącej kotlety schabowe na przyjście gości.

Goście, rzecz jasna, zero spóźnienia. Tłuk zgubiony. Nagła, niewyjaśniona anomalia fizyczna. Był, nie ma. Zawieruszył się. Może spadł? Może w garażu? Może w tamtej szufladzie z pantoflami? Zabijcie, nie wiem. Przyjaciółka niezadowolona, mąż miał ochotę na te schabowe, SORRY.

Wiadomo od początku. To nie jest od tego. To jest od czegoś zupełnie innego i dalej tłumaczyć nie należy. Jak kto ma ochotę na schabowe, nie se zrobi. Czym chce.

Tymczasem historyczne źródła potwierdzają. Ostre narzędzia od zarania dziejów służą ludziom do obrony. A kiedy obrona potrzebna? Kiedy czyhają niebezpieczeństwa? Sięgnijmy tym razem po źródła statystyczne. Otóż najwięcej statystycznych grabieży odbywa się o zmroku, wtedy też przeważają statystyczne morderstwa. I teraz wyobraźmy sobie takie statystyczne morderstwo. Środek nocy, wszyscy śpią. Nagłe łup, ktoś nam włazi do sypialni i terroryzuje. Co teraz? Nikt przemocą zerwany z łóżka nie szuka ratunku w kuchni. Droga kręta, zawiła, po ciemku. Nie wiadomo, czy w ogóle możliwa! Jaki śmiałek powie do mordercy: „przepraszam, ja tylko na momencik do kuchni, po tłuk?”.

Owszem, kotletów się najedli. Brawo. Tymczasem warunki dyktuje psychopata.

W szkołach tego nie uczą, niestety. A przecież tłuk powinien leżeć blisko, na kocyku, na podusi, w warunkach tłuka godnych. Można mu kupić misia.

I piłkę.

I naklejki.

PS. Niewdzięczna jest rola instruktora, co z mozołem wszystko tłumaczy, istnieją jednak podejrzenia, że jest ktoś, kto nie rozumie, że miejscem tłuka jest #pokójnocny

Baba

Psychoplacki

Wczoraj kupowałaś szpilki w panterkę. Dzisiaj latasz z pampersem. Wczoraj skakałaś przez płot. Dzisiaj jesteś BABĄ. 

Konsekwencje czynów sprzed dwudziestu kilku lat nagle cię dopadły z potężną a zaskakującą mocą. Nic nie zrobiłaś, to się SAMO zrobiło. I przyjechało w zawiniątku. I płacze. 

Nie, to nie o tym, jak przyrządzić dzieciaka w kuchni. To raczej o tym, jak przetrwać po czterdziestce. Nieważne gdzie. 

Przetrwać.

Tymczasem wszystko dzieje się jednocześnie. Nie wiadomo, czy łapać pieluchę, czy butelkę. Kosmos zredukowany nagle do pięćdziesięciu niezwykle głośnych centymetrów zawęża widzenie. Niby już jesteś mądra, masz już ogarnięte czakry, świadomość na poziomie siódmym nieomal, a jednak. Dociera do ciebie ta prawda. Każdy głupi ogarnia czakry w ciszy. Każdy jest mnichem tybetańskim, gdy mu się nic nie drze. 

Że chce NIE WIADOMO CO. I to natychmiast.

I dokładnie jak kiedyś, przed laty, w poprzednim życiu: latasz po chacie z rozwichrzonym czołem jak opętana. Niby wiesz, że w panice nie należy podejmować decyzji, a jednak podejmujesz: wszystkie decyzje naraz. Żadna nie jest właściwa.

Pamiętasz, jak zostałaś mamą i chciałaś światu powiedzieć: ej, weźcie zrozumcie, NIGDY NIE BYŁAM MAMĄ! Teraz se możesz gadać. Nikt cię nie posłucha. Nikogo to nie obchodzi. Nigdy nie byłaś babcią? To bądź. I to jak najlepszą. Teraz. Już.

Nie robiłaś konfitur, na obiad bułka z mikro. Twoje życie ostatnio było tak proste i piękne. Proste i piękne życie kobiety po czterdziestce. Która już wie, że prawdziwa mądrość to mieć wszystko w dupie. 

Tymczasem taki level. HARD – bym określiła. Wszystko w dupie? Ha, ha, ha, ha, ha.

Zero skargi. Pamiętaj. Zero skargi. Skarga prowadzi do ciemnych lochów, wzgardy i kawałów o teściowej. Jesteś babą do potęgi, Ziemią, Słońcem, planetą życiodajną. Te się nie skarżą. Krążą w milczeniu orbity, nucą melodię do snu. 

Z popielnika na Wojtusia. 

Był sobie król. 

Był sobie paź. 

I była też królee-wna. 

Ale została zarzygana. 

Smażysz psychoplacki, włączasz System of a down. Robisz głośno. Jeszcze głośniej. Głośniej od bomb. Pies trącał sąsiadkę. Kosmos ważniejszy. 

I tańczyyycie. Tańczyyycie. Tańczyyycie. Ty, ono i twój kręgosłup. Bujacie się do końca dni, do momentu, gdy zadzwoni dzwonek i z promiennym uśmiechem zwrócisz dziecko rodzicom. Zmęczona? Ależ skąd! Jesteś wszak babą do potęgi, planetą Ziemią. Oceanem Spokojnym. 

To się nie kończy nigdy. 

To się dopiero zaczyna. 

Gdańsk, Sopot, Gdynia. 

Z.K.

Chleb obtaczany w jajku

Psychoplacki

Co to się dzieje! Co się dzieje!

Cała Polska z marszałka dziś się śmieje.

W końcu skręci ze śmiechu biednych ludzi

Jeśli ktoś tam na górze

Się nie obudzi.

A tymczasem nowy pomysł się wykluwa: 

W Polsce się nie jeździ. 

W Polsce się fruwa!

Samolot od zarania naszego kraju (nie mylić z zaoraniem; choć można), czyli od czasu nastania panującej partii, wpisuje się w historię jak godło. Od dawna zresztą pojawiają się sugestie, aby wymienić orła z herbu na samolot właśnie. Pomniki już są. Odpadłby dylemat korony, co raz na zawsze położyłoby kres jakimkolwiek pogłoskom na rzekome istnienie Polski przed erą obecnego rządu. Podobno była. Pogańska. Starożytna. Co ciekawe, z tamtego okresu również pojawiają się mgliste dane świadczące o związku spraw narodowych z samolotem. A więc też. 

Co mamy robić? 

Dobrze by było, gdybyśmy jako Naród pogodzili się wreszcie z przeznaczeniem i przyjęli do wiadomości fakt, że tak. Jest Samolot. A ten spektakularny emblemat nie jest tani. Raczej odwrotnie. Jest kosztowny w cholerę. Nie dość że dużo kosztuje sam w sobie, to jeszcze paliwo. PR. Hangarowanie. Pomniki z brązu. Gadżety. Apanaże komisji. Różne koszty. Duże koszty. 

Lekko nie będzie, choć wesoło. Coś za coś. Dlatego dziś w Psychoplackach proponujemy prosty przepis na kryzysowe sytuacje kulinarne. A takie będą na pewno, bo na samolot kasa potrzebna. Co dziś mamy? 

Chleb obtaczany w jajku. 

Rzecz niezbyt zawiła. Wystarczy chleb i jajko. I patelnia. I trochę oleju. Tak, tak, zawsze tak jest. Najpierw ci mówią, że łatwo, że tylko chleb i jajko, a potem zaczyna się wymienianie. I jeszcze to i tamto. W tym przypadku nie. Chleb i jajko. I patelnia. I trochę oleju. 

He, he, he. 

Chleb pokroić w kromki. Kromki zanurzyć w posolonym (i jeszcze sól!) jajku i bach na patelnię, moment z jednej, moment z drugiej i heja na talerz. I teraz, uwaga, potrzebne są:

  1. Ser żółty
  2. Keczup
  3. Powidła
  4. Może kawałek szynki?
  5. Albo łososia…
  6. I jeszcze młody imbir marynowany. 

Nie wiem, co to będzie.

PS. nemezis.me

Z.K.

Co na obiad?

Psychoplacki
Z.K.

Zacznę od czapy. A raczej: od koszuli. Historia jest taka. Na początku małżeństwa Ewka usłyszała, że to podobno tak działa, że żona prasuje mężowi koszulę. I że ona ma wyprasować koszulę facetowi, który jak się domyślacie, posiadał dwie ręce. 

No to wyprasowała. Zostawiając na plecach pokaźny rdzawy kształt podstawy żelazka. Nigdy więcej nie została poproszona o prasowanie koszul. Podwaliny tradycyjnego małżeństwa runęły. 

Ta historia przyda się nam do rozwikłania problemu pod tytułem „co na obiad”. 

No więc: co na obiad? Pytanie może również brzmieć: gdzie moje skarpetki? Albo: jak by tu się herbaty napić? Rzecz w tym, że osoba pytająca kieruje pytanie właśnie do ciebie, jakbyś był kierownikiem restauracji zwanej dom. 

Kiedy byłam dzieckiem, kierowałam to pytanie do pani intendentki w szkole, bo tam właśnie podawano obiady. W domu bywa różnie. Czasem podają ten obiad osoby mieszkające w tym domu, a czasem faktycznie pani intendentka i kucharka w jednym zwana żoną. 

Lub odwrotnie. 

Prawda jest taka, że kiedy ktoś zadaje pytanie: co na obiad? – zwykle oczekuje odpowiedzi w postaci gotowego obiadu. I to szybko. Bo skoro już pyta, znaczy że doskwiera mu głód. Inaczej by nie pytał. 

A gdy już dostanie „odpowiedź”, wtedy ewentualnie może się do niej ustosunkować, bo jeśli powiesz (podasz) przykładowo: placki – odpowiedź może się nie spodobać. 

No, ale skupmy się na problemie. A raczej, bo o to tu chodzi, na rozwiązaniu problemu. 

Pierwsze, co możesz zrobić, to również zadać pytanie. Pytanie jest proste, choć z odpowiedzią bywa różnie. Dlatego trzeba na to pytanie uważać, trzeba wiedzieć, kiedy je zadać i, przede wszystkim, komu: 

– A co proponujesz?

Scenariusze są dwa. 

Pierwszy – optymistyczny – zakłada, że delikwent podaje propozycję, którą sam zrealizuje. Wtedy masz z głowy. Idziesz do pokoju i nastawiasz płytę Melody Gardot. 

No, ale nie każdy jest zaraz taki wyrywny jak przytoczony bohater analizowanego wariantu. Dlatego właśnie należy uważać. Istnieje bowiem wysokie prawdopodobień-stwo, że gościu odpowie, załóżmy „bitki wołowe”. I rozpocznie czekanie na bitki. Niecierpliwe czekanie.

Sytuacja słaba. Chyba, że jesteś rasowym psychopatą. Jeśli bowiem jesteś rasowym psychopatą, dołączysz do czekania na bitki, a każdą chwilę wypełnisz przewalaniem się w duchu ze śmiechu. 

Niestety. Życie to nie bajka. Nie każdy jest psychopatą. 

Nie każdy ma jaja jak byk. Z tobą też bywa różnie. Tym bardziej, że temperamenty potrafią zaskakiwać. Każda strona ma swoje granice wytrzymałości, każda strona potrafi je też przekroczyć. I to bardzo malowniczo. Druga rzecz, głód nie pomaga. Polak głodny to zły, mawiają. A gniew tu może okazać się iskrą zapalną. Aby więc uniknąć rzucania się (pustymi) talerzami, należy przyjąć scenariusz numer dwa. 

Scenariusz numer dwa ma same zalety. Po pierwsze: unikasz awantur. 

Po drugie: unikasz głodu.

Po trzecie: masz gwarancję, że analizowane w tytule pytanie nie padnie w twoim życiu najprawdopodobniej nigdy więcej. 

I tak na pytanie „co na obiad”, odpowiadasz śpiewnie:

– Niespodzianka!

I przygotowujesz danie. 

Danie jest pyszne, zdrowe, dietetyczne. Nie ma żadnych konserwantów ani barwników. Nie wymaga trudu, ani nakładu kosztów. Nazywa się „bułka podgrzana w mikro” i robi się tak:

1. bierzesz z chlebaka bułkę

2. wsadzasz do mikro

3. wyjmujesz

4. podajesz. 

PS. Żądasz pochwał! 

PS2. nemezis.me